piątek, 25 sierpnia 2017

Piątkowy wieczór.

Jestem zmęczona. Chociaż zmęczona to nawet nie jest wystarczająco mocne słowo na to, jak aktualnie się czuję. Jakbym miała możliwość, przespałabym cały weekend… Ostatnie dni minęły mi więc pod znakiem wiecznego zmęczenia, wyczerpania i ogółem braku czasu na cokolwiek poza standardowymi obowiązkami.

Przede wszystkim zdechł mi laptop, nie miałam na czym pisać, smutek wielki. Właściwie nawet nie tyle zdechł, co zapadł w śpiączkę – aktualnie działa do pięciu minut po włączeniu, po czym robi spektakularne PSTRYK i czarny ekran. Na szczęście miałam możliwość zaopatrzyć się w nowy, więc nie ma tego złego, chociaż sentyment do sześcioletniego staruszka pozostanie w moim zimnym serduszku na zawsze. Much love.

Dodatkowo i (mam nadzieję) na stałe przybyło mi nieco obowiązków i stałam się mamą na etacie. Julian oczywiście sabotuje wszystko z całej siły, bo, nie wiedzieć czemu, przeszkadza mu fakt, że nie ma mnie w domu kiedy on jest w żłobku. Serio. Przed wyjściem do żłobka/pracy mamy lament mniejszy lub większy, zależnie od humoru. Oprócz tego postanowił zasypiać godzinę później niż standardowo i codziennie w nocy raczy mnie minimum trzema pobudkami. Dzięki Synu. Dzięki temu nie mam czasu na nic, kompletnie nic poza obowiązkami związanymi z pracą czy domem. Teraz kradnę czas na pisanie, ale wcale nie mam wyrzutów sumienia.

Podsumowując – koniec przerwy technicznej, znowu będę pisać. Tak, grożę i ostrzegam, a jednocześnie obiecuję. 
Buzibuzi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz