Jestem zmęczona. Chociaż zmęczona to nawet
nie jest wystarczająco mocne słowo na to, jak aktualnie się czuję. Jakbym miała
możliwość, przespałabym cały weekend… Ostatnie dni minęły mi więc pod znakiem
wiecznego zmęczenia, wyczerpania i ogółem braku czasu na cokolwiek poza
standardowymi obowiązkami.
Przede wszystkim zdechł mi laptop, nie
miałam na czym pisać, smutek wielki. Właściwie nawet nie tyle zdechł, co zapadł
w śpiączkę – aktualnie działa do pięciu minut po włączeniu, po czym robi
spektakularne PSTRYK i czarny ekran. Na szczęście miałam możliwość zaopatrzyć
się w nowy, więc nie ma tego złego, chociaż sentyment do sześcioletniego
staruszka pozostanie w moim zimnym serduszku na zawsze. Much love.
Dodatkowo i (mam nadzieję) na stałe
przybyło mi nieco obowiązków i stałam się mamą na etacie. Julian oczywiście
sabotuje wszystko z całej siły, bo, nie wiedzieć czemu, przeszkadza mu fakt, że
nie ma mnie w domu kiedy on jest w żłobku. Serio. Przed wyjściem do
żłobka/pracy mamy lament mniejszy lub większy, zależnie od humoru. Oprócz tego postanowił
zasypiać godzinę później niż standardowo i codziennie w nocy raczy mnie minimum
trzema pobudkami. Dzięki Synu. Dzięki temu nie mam czasu na nic, kompletnie nic
poza obowiązkami związanymi z pracą czy domem. Teraz kradnę czas na pisanie,
ale wcale nie mam wyrzutów sumienia.
Podsumowując – koniec przerwy technicznej,
znowu będę pisać. Tak, grożę i ostrzegam, a jednocześnie obiecuję.
Buzibuzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz