sobota, 21 października 2017

Historia dni powszednich.

Dwa miesiące, tyle minęło odkąd cokolwiek tutaj wymęczyłam. Brak czasu to solidna wymówka, ale czy prawdziwa? Zobaczcie sami, krótka historia dni powszednich, wszystkie wyglądają niemalże identycznie, więc jakby miała to być kartka z pamiętnika, to mogłabym dowolnie podstawiać daty. Treść zostaje niezmieniona. 

Wstaję rano, o 6 najpóźniej, a co będę sobie żałować! Ogarniam siebie (ale tylko do minimalnego stanu używalności - jestem Matką, nie ma w moim życiu miejsca na marnowanie czasu i energii), ogarniam Młodzieńca, jednocześnie piejąc z zachwytu, że udało się utrzymać go w miejscu przez 10 - 15 minut, w którym to czasie ekspresowo udowadniałam, że multitasking to styl życia. Jak oboje jesteśmy ubrani i w miarę gotowi do dalszego procesu szykowania, nadchodzi moment na oszacowanie strat poczynionych w te wcześniej wspomniane 15 minut. Pół biedy jak Potwór leży i ogląda bajkę, wtedy co najwyżej trochę opluje łóżko - nic nowego. Natomiast wszelkie przemieszczanie się Młodego skutkuje niespodziankami zostawionymi w dość zaskakujących miejscach. Przykład? Mój portfel w kompletnie przypadkowym miejscu, gdzie jego pożądana lokalizacja to moja torebka - tego dnia byłam bardzo blisko mandatu, dzięki Synu. Wreszcie nadchodzi ten piękny moment, kiedy dostojnie suniemy w stronę przystanku, skąd niemal pusty autobus podrzuci nas do żłobka. Oczywiście żartuję, niemalże nigdy nie mamy czasu na pełne spokoju spacerki. Z reguły na dotarcie na przystanek mamy od 3 do 5 minut, żeby nie było, że jestem okropną Matką, to nie będę całej winy zwalać na moje niepokorne dziecko (mimo, że wrzaski i wygibasy przy ubieraniu i montowaniu się do wózka nie są wcale ułatwieniem...), przyznam szczerze, że moja organizacja z rana też nie jest dopracowana na tip top, ale to już sprawa drugorzędna. Wróćmy do momentu, w którym wybiegamy z klatki i pędem udajemy się na przystanek, docieramy na autobus, miejsca w nim niewiele, ale ja nadal boję się zrobić prawko, także zaciskam zęby i jedziemy. 
W drodze Misiaczek zjada wszystko, co ma do zjedzenia (gdzie to wszystko się mieści?) i zaczyna się nudzić (próby kopania ludzi przestają go bawić). Zdarza się to zawsze na ostatniej prostej do żłobka z przystanku, moje dziecko przypomina sobie, że istnieją też zabawy, do których można wykorzystać odrobinę intelektu. Rozlega się wtedy głośne"MUUUUUU" lub "KOKOKO" - to już moment, w którym zwyczajne siedzenie w wózku go nie zajmuje i jedyną atrakcją jaką on przewiduje na tą chwilę jest odpytywanie z odgłosów wydawanych przez zwierzątka. 
-Misiu, jak robi kaczuszka?- 
-KWAKWAKWA!-
-Świetnie, a kogucik?- 
I TAK DOPÓKI NIE DOTRZEMY NA MIEJSCE... Już mam dość, a to dopiero 8 rano. Młody wreszcie zostaje oddany pod opiekę Pań przedszkolanek, uff, czas do pracy. Tu już bez większych niespodzianek, droga do pracy, wykonywanie wszelkich obowiązków służbowych, później powrót do domu między 17:30 a 18. Czasem później. Dziecko już na miejscu, wiesza się mi na szyję "MAMOMAMO!!" krzyczy i się przytula jakby pół roku mnie nie widział. Później wyżera mi obiad z talerza. Później nie chce jeść kolacji, nie chce wyjść spod prysznica, nie pozwala się ubrać w piżamkę i nie chce spać. Między 20:30 a 21 mam go z głowy - śpi. SUPER, czas dla siebie. Czas, który najczęściej spędzam na sprzątaniu po Młodym i szykowaniu się na następny dzień. 22 jestem w łóżku, zasypiam w kilka sekund. Maksymalnie 8 godzin później zaczynam od początku. 

Nadal dysponuję pełnymi 24 godzinami, muszę je jednak trochę inaczej zagospodarować, podzielić tak, żeby starczyło na wszystko i wszystkich. Najczęściej brakuje mi czasu dla mnie samej, co skutkuje atrakcjami, jak te najbardziej aktualne - właśnie (mam nadzieję) kończę chorować po tygodniu wolnego. Czy zdążyłam odpocząć? Niekoniecznie. Matki nie odpoczywają, my ładujemy baterie. W kilka sekund. Na kilka tygodni. 

Do napisania/przeczytania za następne dwa miesiące...

LOVELOVE

PS. Wbrew pozorom wcale nie funkcjonuję w trybie mombie - w brudnym porozciąganym dresie, poczochranych włosach i z makijażem sprzed dwóch tygodni. Moja praca wymaga ode mnie odpowiedniej aparycji, więc chcę czy nie chcę (a częściej chcę niż nie chcę) - wyglądam jak człowiek.