poniedziałek, 13 lutego 2017

Chcieć to móc, serio.

Znacie to powiedzenie „chcieć to móc”? Na pewno znacie. Jest proste, krótkie i dla wielu nierealne, niemożliwe do zastosowania. Tylko dlaczego? Prawda jest taka, że życie każdego z nas sprowadza się do takiego poziomu, na jaki sami sobie pozwolimy. Owszem, każdy z nas ma swoje ograniczenia zdrowotne, światopoglądowe, finansowe i tak dalej, ale nie o to chodzi, żeby żyć ciągle wymawiając się wszelkiego rodzaju „brakami”, ale żeby iść do przodu, prosto przed siebie pomimo tych braków.

Zawsze wychodziłam z założenia, że moje życie należy tylko do mnie, dlatego decyzja o tym jakie ono będzie także jest moja. Owszem, są zdarzenia losowe na które nie mam wpływu, ale na całą resztę mam, w związku z tym staram się żyć tak, żebym mogła spojrzeć sobie i bliskim w twarz (póki jeszcze nie oślepłam całkowicie, coming soon swoją drogą) bez poczucia, że w jakiś sposób zawiodłam. Myślę, że każdy ma jakieś granice, których nigdy nie przekroczy, jakiś poziom w zachowaniu wobec siebie czy innych, poniżej którego nigdy nie zejdzie. I o tym właśnie dzisiaj będzie.

Jesteśmy społeczeństwem, które uwielbia marudzić, narzekać na swój ciężki los, a jak możemy na kogoś zwalić chociaż częściowo winę za tą niedolę, to już w ogóle jesteśmy szczęśliwi w tym całym swoim nieszczęściu. Wiem, bo sama to robię (tak, mierzę ludzi własną miarą, zabroni mi ktoś?). Narzekam. Bo się nie wyspałam, bo jestem zmęczona, bo nie mam czasu, bo boli, bo zimno, bo dużo pracy, bo nudno, bo gorąco. I często jestem niewyspana, często jestem zmęczona oraz często nie mam czasu na wiele rzeczy i prawie zawsze przyczynia się do tego mój mały bohater, Potwór. Czy jednak obwiniam go o to? Nie. Dostaje wścieklizny kiedy słyszę, że ktoś jako wymówkę do swoich „braków” używa stwierdzenia „mam dziecko. No świetnie, też mam, co w związku z tym? Miejże człowieku swoją godność i honor, weź odpowiedzialność jak przystało na człowieka dorosłego (jak nie zachowaniem to chociaż wiekiem) i nie zwalaj winy na to nieświadome dzieciątko. Przyznaj się do tego, że jesteś leniwą bułą i wolisz siedzieć na tyłku i nic nie robić. Że program w TV był ciekawy, trzeba było obejrzeć do końca. Że po prostu ci się nie chciało, bo nie i koniec. W końcu to twoje życie, przeżyjesz je tak, jak będziesz chciała. Wszyscy i tak wiemy jak jest naprawdę.

Jasna sprawa, bycie matką to ciężki los. Trzeba wstawać skoro świt, karmić, przebierać, bawić się z Potworkiem, pilnować, milion razy powtórzyć „nie wolno!”, czasem nie ma czasu nawet na wizytę w toalecie bez asysty mini człowieka. Jednak wszystko da się pogodzić jeżeli ma się odrobinę chęci i pomysłu oraz umiejętność proszenia bliskich o pomoc. W swojej karierze w roli mamy miałam okres kiedy cały dzień spędzałam w piżamie, z podkrążonymi oczami, rozczochrana, śniadanie jadłam grubo po 12 (a jeszcze nie zrzuciłam wszystkich nadprogramowych kilogramów, gdzie tu sprawiedliwość, no gdzie?), ważne, że Potwór był oporządzony, zadowolony, moje potrzeby były najmniej ważne. W pewnym momencie powiedziałam STOP. Jasno i wyraźnie. Potwór nie zrozumiał, bo był jeszcze za mały, ale przyzwyczaił się. Nauczył się, że musi czasem sam poleżeć w łóżeczku, sam się pobawić, albo zostać z babcią, bo mama chce zrobić coś innego, cokolwiek, chociażby przestać straszyć rozczochranymi włosami czy zjeść, bo zaraz padnie z głodu. Podobnie sprawa wygląda przy wszystkich innych sytuacjach, zaczynając od głupiego poczytania książki, kończąc na pójściu do pracy. Owszem, trzeba znaleźć kogoś, kto zajmie się dzieckiem pod naszą nieobecność, ale, uwaga, JEST TO MOŻLIWE! Dlatego kiedy powiesz mi, że chcesz, ale nie możesz się realizować zawodowo, nie możesz iść na jakiś kurs, szkolenie, nie możesz się rozwijać, nie masz czasu o siebie zadbać, bo masz dziecko, to otwarcie cię wyśmieję. Dlaczego? Bo jestem żywym dowodem na to, że „chcieć to móc”.






czwartek, 9 lutego 2017

"Matka"

Kim jest Matka?
Zaczynam od pytania, zdaję sobie z tego sprawę. Jestem studentką, wszelkie odpowiedzi, definicje i długie wywody to moje zboczenie, powiedziałabym nawet, że zawodowe, skoro na edukację poświęciłam już 18 lat swojego życia. Wracając jednak do pytania: Kim jest Matka? Ja z chęcią opowiem kim. Matka jest nauczycielem, pielęgniarką, lekarzem, dietetykiem, psychologiem, kucharką, opiekunką, kumplem, sprzątaczką. Dalej? Ok. Matka bywa przytulanką, workiem treningowym, na którym wyładowuje się złość, ściereczką do wytarcia buzi, drabiną, kiedy trzeba sięgnąć po coś wysoko. Jest też robotem napędzanym kawą, wojownikiem, siłaczem. To tak w wielkim skrócie, w szczegóły uroczego macierzyństwa zagłębiać się będę za każdym kolejnym razem, kiedy znajdę czas na pisanie. 

I żeby wszystko było jasne: nienawidzę dzieci. Serio. Są okropne: wrzeszczą, plują, płaczą, gryzą, zajmują mnóstwo czasu i są niesamodzielne. Wiem co mówię, mam takiego jednego Potwora na wyłączność. Ma niecały rok, nie umie jeszcze chodzić, za to osiągnął perfekcyjny poziom w robieniu mi na złość. Jest mistrzem w kichaniu z pełną buzią, lizaniu mało higienicznych przedmiotów oraz uciekaniu w trakcie zmiany pampersa. To ostatnie najbardziej go cieszy, kiedy pielucha ma śmierdzącą zawartość, co w sumie jest oczywiste. Więcej brudu oznacza więcej krzyku, z kolei więcej krzyku to więcej zabawy. 

Nienawidzę dzieci, ale mojego Potwora uwielbiam. Nie zamierzam się rozpływać tutaj nad tym jaki jest wspaniały (a jest najwspanialszy na świecie), bo po co? Dla matki jej dziecko zawsze jest najcudowniejsze, najpiękniejsze, najlepiej się opluwa, najładniej puszcza bąble nosem itd. Ale nie, ja nie z tych jęczących, płaczących z zachwytu nad mlecznym pawiem matek. Ja jestem Wredną Matką, Złą Matką, czasem nawet Samolubną Matką. Jestem Matką Nieprzewidywalną i Matką Samodzielną. Dlaczego? O tym wkrótce. Aktualnie Potwór naładował akumulator i zaczął podgryzać łóżeczko (chyba mu nie smakuje, bo ma dziwną minę...). Czas dla mnie się skończył, teraz czas dla niego.